Felieton Łukasza Maciejewskiego

Kończy się czas wydłużonego rozleniwienia noworocznego, zbawienny czas.

Czas, nazwałbym go również, pamięci. Domknięcie „roku pamięci”.

Na tym to wszystko mniej więcej polega przecież – na pamiętaniu.

Poprzez innych, o sobie.

Tylko tak to działa. I ma moc oczyszczającą, zbawienną, zwał jak zwał.

Powoli szykuję się do nowych wyzwań, do cykli, festiwali – to wszystko trzeba jednak solidnie zaplanować, od pierwszej idei, po ostatni szlif. A chodzi przecież o kilkadziesiąt festiwali, przeglądów i cykli w ciągu roku.

Po roku pamięci – kolejny się szykuje.

Nawiązania, jubileusze, wspomnienia. Czas przyszły, teraźniejszy, będzie się odmieniał przez przeszłość. Tak było, tak będzie.

Jedna z imprez, ważniejszych dla mnie, Kozzi Film Festival w Zielonej Górze. To dopiero maj, ale ja już szukam inspiracji, które role drugiego planu wydały mi się najważniejsze w tym sezonie, kogo można by tym samym uhonorować nominacją do Nagrody Kozziego, nagrody im. Macieja Kozłowskiego, patrona festiwalu.

Najlepsze co można sobie wymarzyć to dobry patron.

Kozłowski jest taką postacią.

I Andrzej Buck, spiritus movens i dyrektor „Kozzi Film” wspaniale go odnalazł.
Razem się odnaleźli.

Zaczęło się od Kargowej, skąd Kozłowski pochodził, od lat festiwal odbywa się
w Zielonej Górze.

Pamięć o Maćku Kozłowskim, rok, lata pamięci.

Kozzi, Maciek, tak ciepło o nim wszyscy ciągle mówią.
Ci, którzy jeszcze pamiętają, a pamięta wielu.

Filmografia ogromna, i – fakt bezsporny – zaznaczenie swojej obecności.

Darowanie filmom, serialom, twarzy, imienia, nazwiska, czasami więcej.

Pamiętam, że się go bałem. To było całe lata wcześniej. Pierwsze moje Gdynie, pierwsze festiwale, wysyp kina bandyckiego, kina popasikowskiego. Kozłowski był tam liderem, jednym z nich. Może nie aż Linda, ale blisko. Gangsta na polską nutę. Z tymi dresami straszliwymi, kreszowe, pistolety, rejbany z plastiku, mokasyny, miny marsowe.
Cały arsenał min olaboga.

Nie lubiłem tego kina, nie czułem się w nim dobrze, a Kozłowskiego się bałem.

Dobry aktor, facet przystojny, ale jednak nie.

To się zmieniało. Grał dużo. Role większe, role mniejsze.
Te większe – kreacja Krzywonosa w „Ogniem i mieczem”, serial „M jak miłość”, „Wiedźmin”, te mniejsze i zupełnie maleńkie. Kozłowski był „z” twarzą, wychodził z twarzą.

Zapamiętany. Wywiady, praca z bezdomnymi, sport, piłka nożna, późna, dobra miłość, wczesna, niedobra, choroba, zbyt wczesna, koszmarna, śmierć.

A pomiędzy: role teatralne, przecież to świetny aktor teatralny był, ze wspomnieniem eksperymentów teatru Janusza Wiśniewskiego, z zadziorem Cywińskiej z etapu poznańskiego. Pamiętam rolę Kozłowskiego u Zadary, wówczas początkującego dopiero, Teatr Mały, filia „Narodowego”. Ostatnie podrygi tej sceny. Grał w „Chłopcach z Placu Broni” Molnara. Fertyczny, dziecięcy bardziej niż stateczny. Metryka ma to w nosie.

I wciąż tak warto go pamiętać. W piłkarskim ubraniu, kopiącym piłkę w ukochanej Kargowej, z bezdomnymi, z Agnieszką, ze zwierzakami, z filmami też, również i takimi, które pokazują Kozłowskiego w szokująco innym wydaniu, a których – poza garstką straceńców
takich jak ja – nie pamięta już nikt. Myślę na przykład o „Mgle” Adama Kuczyńskiego.

Kozłowski do wspominania, do odkrywania.

Jak dobrze, że jest Andrzej Buck i jego ekipa z „Norwida”, jak dobrze, że jest ten festiwal.

Że każdego roku pytam o Kozłowskiego.

Że drugi plan jest planem jego pierwszego imienia.

To jest właśnie gol.

Jeden do serca.

Foto: Michał Gmitruk / Agencja Forum